110 na liczniku, australijski busz i czerwona gleba po horyzont

 

Pierwszy kangur

 

jakiego zobaczyliśmy w Zachodniej Australii był martwy. Leżał biedaczek na poboczu, najprawdopodobniej potrącony przez samochód. Był wielki, postury dorosłego mężczyzny. Wyruszyliśmy z Perth późnym popołudniem, ponieważ nasz prom z Rottnest Island był przesunięty o 4 godziny. Chwilę po odbiorze samochodu w centrum Perth zastanawialiśmy się co robić, bo słońce w kwietniu zachodzi bardzo wcześnie, już około 18:30. Jednak ciekawość i chęć rozpoczęcia jazdy przed australijski busz zwyciężyła. Zjedliśmy obiad. Kupiliśmy zgrzewkę wody i mango, by o godzinie 17 wyruszyć 400 kilometrów na południe w kierunku Albany.

W Australii odległości są porażające. Człowiek jedzie kilkaset, tudzież kilka tysięcy kilometrów przez pustkowie najczęściej tylko po to, żeby zobaczyć jedną rzecz.

 

 

Tamtego dnia nie ujechaliśmy jednak dużo, ponieważ w Australii mamy zasadę, aby nie prowadzić po zmroku. Za dużo kangurów samobójców stojących na poboczu, tylko czekających, aby wskoczyć pod koła. Nic nigdy nie dało mi większej satysfakcji, niż odkrywanie tego co jest za kolejnym zakrętem. Żadne rzeczy. Żaden telefon, tablet czy samochód nigdy nie wywołał nawet uśmiechu na mojej twarzy. Dlatego też jestem wymarłym gatunkiem i na przykład nie mam Iphona. Wakacji nie odpuszczę, rzeczy… z przyjemnością 🙂

110 na liczniku, australijski busz

 

i czerwona gleba po horyzont, a ja w tamtej chwili nigdy nie byłam szczęśliwsza. Mijaliśmy orły, kukabury, emu, jamraje i kangury, czasami nawet zdarzały się żywe. Tak spędziliśmy tydzień pokonując 2200 kilometrów. Delikatnie tym razem. Andrzej zaczynał panikować, jak bak paliwa spadał do połowy, a dookoła nie było śladu po tym, że jakakolwiek cywilizacja na tej planecie kiedykolwiek istniała. Raz jadąc 720 kilometrów z Esperance do Perth na drodze numer 40 w kierunku Varley, pojawił się znak „no fuel in Varley”. W tej „miejscowości” nie ma paliwa na sprzedaż. To był tylko jeden raz i nie pokrzyżował nam planów, bo byliśmy zabezpieczeni.

 

 

Nikt mi nie wmówi, że nie warto wierzyć w marzenia

 

i dążyć do nich za wszelką cenę. Jesteśmy wolni. Ze zgrzewką wody, porządną mapą, pełnym bakiem paliwa, wyłączonymi telefonami i brakiem konkretnych planów. Przez najbliższy tydzień nigdzie nie musimy być. Jedyny plan jest taki, że śpimy tam gdzie dojedziemy i zapadnie zmrok, ewentualnie stajemy wcześniej, jeśli nie mamy mocy, żeby jechać dalej. Był jeden raz, kiedy na przykład skończyliśmy jazdę o 13. Spaliśmy codziennie gdzie indziej w spontanicznie znalezionych motelach przy drodze, płacąc średnio 120$ za noc. Zdarzało się mniej, zdarzało więcej. Wszystko w zależności od tego na co mieliśmy ochotę. Jak to mój Andrzej zawsze powtarza – nic nie musimy, wszystko możemy.