O Queenstown (nie) na budżecie słów kilka

Szybko zapomniałam jak to jest mieszkać w mieście bez lotniska. Czasami przypomina mi o tym moja mama mając dylemat „skąd najłatwiej będzie jej wylecieć”.  Z Warszawy czy z Berlina? W Auckland mamy taki luksus z lotniskiem tuż za rogiem, że nie zamieniłabym tego na nic innego. Samolot do Queenstown mieliśmy o 7 rano, a sky bus, który zawsze bierzemy śmiga autostradą na miejsce w 20 minut.

O 9 rano znaleźliśmy się w Queenstown, miasteczku znajdującym się na Wyspie Południowej Nowej Zelandii, położonym 1550 kilometrów od Auckland. Jak przystało na pierwszy weekend zimy za oknem zastał nas 1°C i ośnieżone szczyty The Remarkables.

Nie byliśmy w Queenstown od 4 lat

Nigdy nie byliśmy też zimą, ale pewnie mnie wyśmiejecie kiedy powiem, że dla nas te kilka stopni Celsjusza, które zastaliśmy na miejscu,  to było naprawdę zimno. W Auckland chodzę 365 dni w roku w legginsach do kolan i T-shircie. Jak pada i wieje to narzucę na to cienką kurtkę i nie pamiętam kiedy ostatni raz byłam chora. A tam przymrozek…był dla nas egzotyką, bo my nawet nie mamy zimowych ubrań 🙂

W Queenstown wszystko ma jakieś „naj”

Najzimniejsze, najpiękniejsze, najdroższe, najpopularniejsze, najczęściej odwiedzane. Kiedy przyjechaliśmy do Queenstown po raz pierwszy w 2015 roku nie ukrywam, że ceny były dla nas wysokie. Byliśmy w kraju tylko od kilku miesięcy i nadal uczyliśmy się kultury, mentalności, swobody. Inaczej zarabialiśmy. Bardzo się zmieniliśmy przez te kilka lat i w ogóle już parę razy diametralnie zdążyliśmy się zmienić od kiedy jesteśmy razem.

W 2015 roku odrzuciłam pomysł, by zapłacić 95$ za lunch od osoby w luksusowej restauracji na Bob’s Peak z panoramicznymi widokami na najpiękniejsze miasto Nowej Zelandii. Wtedy zapłacenie 40$ za gwarancję stolika przy oknie było dla mnie jak wyrzucenie pieniędzy w błoto. Tym razem z przyjemnością usiedliśmy przy oknie delektując się fajnymi drinkami (Andrzej do tej pory zastanawia się dlaczego dał mi się zbałamucić jakąś palemką, zamiast jak normalny człowiek napić się piwa). Sam lunch był jedną z najprzyjemniejszych chwil całego wyjazdu. Z bufetu mieliśmy do wyboru kilkadziesiąt dań na ciepło. Był kucharz robiący na Twoich oczach sushi, była osobna sala deserowa, w której mogłabym zamieszkać. Kosmos.

Była jeszcze jedna atrakcja,

którą chcieliśmy nadrobić, mianowicie „najdroższe baseny w życiu”. Rezerwując baseny Hot Onsen w Queenstown z 3 miesięcznym wyprzedzeniem mieliśmy już niewielki wybór terminów. Wiedziałam, że są jednym z „naj”, ale nie spodziewałam się, że są aż tak oblegane! Prywatne pokoje kąpielowe są tu wynajmowane na godziny. Za dnia nasz pakiet kosztował 126$ za godzinę, wieczorem 150$.

Jeśli jacuzzi i boskie widoki to dla kogoś za mało, można dorzucić do tego masaże, przekąski i alkohol. Wzięliśmy wino, piwo, wodę oraz dwa rodzaje lodów (owoce leśne i ciemna czekolada). Chcieliśmy zobaczyć o co to całe zamieszanie, bo słyszymy o tym miejscu od lat, więc uznaliśmy, że skoro już jesteśmy w Queenstown, to wejdziemy na wyżyny hedonizmu i pójdziemy dwa razy. Raz za dnia, drugi natomiast późnym wieczorem. To samo miejsce, a dwa kompletnie różne doświadczenia.

Podobno ciężko mnie zadowolić,

ale tam w ciągu dnia widoki na ośnieżone szczyty The Remarkables zapierały dech w piersiach. Jęknęłam wchodząc do środka. Wzięliśmy szybki prysznic i wskoczyliśmy do jacuzzi z zamiarem zabrania się za lody. Nie mogłam uwierzyć, że naprawdę tu jesteśmy! Wspaniałe doświadczenie, które z czystym sumieniem polecę każdemu. ps. nadal uważam, że powinnam dostać medal za wychodzenie z gorącej wody na zero stopni i skakanie po lodowatej posadzce kilka razy tylko po to, żeby włączyć samowyzwalacz 🙂

Nazajutrz późnym wieczorem

było zupełnie inaczej. Było widać tylko czarną noc, bezchmurne niebo i porozkładane świeczki. W rzeczywistości było dużo ciemniej. Zresztą zazwyczaj tak jest, że zdjęcia a rzeczywistość to dwie różne historie.

Zbliżały się urodziny mojego męża. Od kiedy jesteśmy razem zamiast tortu, świeczek i prezentów wybieramy jakieś doświadczenie. Na przykład coś, czego jeszcze nigdy nie robiliśmy. W zeszłym roku w jego trzydziestkę podziwialiśmy ośnieżony szczyt Mount Everest. W tym roku oparliśmy się o brzeg jacuzzi na Południowej Wyspie Nowej Zelandii i patrzyliśmy w ciszy na Drogę Mleczną. Niedawno wygasły nam roczne wejściówki do Obserwatorium astronomicznego w Auckland, więc szukaliśmy na niebie konstelacji, które pamiętamy.

Przez chwilę nie wiedziałam, czy to się dzieje naprawdę, czy to może tylko piękny sen. Możecie sobie wyobrazić szeroki uśmiech mojego męża, który znalazł się w jacuzzi z młodą, szczupłą dziewczyną. Nie takie najgorsze urodziny, co? Niektórych chwil nie trzeba uwieczniać na zdjęciach, lepiej je zachować tylko dla siebie. Tak samo jak czasami słowa są zbędne, dlatego pocałowałam go wtedy najpiękniej jak tylko umiałam i powiedziałam jedną rzecz – happy birthday.