W czepku urodzeni?

 

Kiedy w zeszłym roku uświadomiłam sobie,

 

że niedługo kończę 30 lat przestałam nosić moje ulubione nauszniki sówki. Są pluszowe i mają pomarańczowe łapki. Każda z sówek mruga zalotnie oczkiem i kiedy mam je na głowie wywołują uśmiech na twarzy większości osób z którymi rozmawiam. 

Kiedy przyszła zima wyszłam na zakupy bez nich i Pani ekspedientka, z którą znamy się od kilku lat z widzenia mówi do mnie – hey, I haven’t seen you wearing your owl ear muffs this winter, how are you gal? A ja jej na to – Well, you know, I think I’m too old to be wearing them, but maybe next year 🙂 Pośmiałyśmy się jak zawsze, wróciłam do domu i nie założyłam ich zeszłej zimy ani razu.

W tym roku nie mogę uwierzyć, że nawet mnie, anarchiczną jednostkę, dopadł ten metryczny nonsens. To wszystko co się słyszy dookoła o tym co się powinno robić, a czego się z pewnością w pewnym wieku nie powinno. Cały ten bełkot o ustatkowaniu się, codziennym wyścigu po więcej pieniędzy, co należy w jakim wieku mieć… Jak wypada się zachowywać, jeść, ubierać, wypowiadać. Co jako kobieta jestem zobowiązana czuć, planować, myśleć. To całe paplanie, o tym, że czas ucieka, więc muszę to i tamto, a mało kto zapyta, czy ja… w ogóle chcę. Wiecie jaka jest moja konkluzja na ten temat teraz, rok później? Chrzanić to.

To nie urodziny były problemem, tylko fakt, że zaczęłam się sugerować opiniami innych, a przestałam robić coś co mi sprawiało przyjemność. W tym roku staram się być bardziej „na tak”. Tak na zabawę, tak na próbowanie nowych rzeczy, wyjścia, wyjazdy, cokolwiek co lubię. Tak na uśmiech. Nie zapeszając, jak dotąd chyba całkiem nieźle mi to wychodzi!

Styczeń i luty

 

Nowy rok zaczęliśmy z mężem od dwutygodniowego objazdu przez fragment Południowej Wyspy Nowej Zelandii. 31 grudnia polecieliśmy z Auckland do Christchurch, żeby odliczać na koncercie rockowym do północy, w strugach deszczu. Wróciliśmy do hotelu przemoknięci do suchej nitki. Tym razem nie w czepku urodzeni, a wyziębieni i wkurwieni 🙂 No cóż, podróże do rzadko kiedy tylko uśmiechy i piękne fotografie, ale o tym chyba sami wiecie?

 

Później spotkałam się z moją mamą na Filipinach. Spędziłyśmy razem 3 tygodnie! Spotkania mają to do siebie, że kiedyś się kończą, a kiedy nastaje ta okropna chwila pożegnania… jesteście w stanie sobie wyobrazić płakanie rzewnymi łzami i przytulanie się po raz ostatni przez pół godziny? Tym razem żegnałyśmy się na lotnisku w Manili, stolicy Filipin. Mama leciała do Warszawy przez Singapur i Amsterdam, ja do Nowej Zelandii przez Bangkok. Od tamtego  czasu naszym największym dylematem było to gdzie spotkamy się następnym razem. Na celowniku miałyśmy Tajwan, Hong Kong i Borneo. Czasami jest ciężko sprecyzować dlaczego wybieramy ten kierunek a nie inny i wtedy wybór podpowiada przeczucie…

Przy okazji kolejnego spotkania w październiku 2019 zwiedzimy razem Borneo!!!

 

 

Marzec i kwiecień

 

Na Wielkanoc zrobiliśmy mężem to co zawsze robimy, mając choćby jeden dzień wolnego – wyjechaliśmy. Pojechaliśmy 500 kilometrów na południowy-zachód od Auckland do Parku Narodowego Egmont, mając nadzieję na oderwanie się od rzeczywistości. Między innymi dzięki napotkanej przypadkiem grupce Azjatów to się jak najbardziej udało!

 

Resztę kwietnia spędziliśmy w Zachodniej Australii. To był jeden z tych nielicznych momentów, kiedy z mężem byliśmy jednomyślni nazywając ten wyjazd najpiękniejszym w życiu. Być może faktycznie jesteśmy w czepku urodzeni, a być może zwyczajnie potrafimy gonić za marzeniami za wszelką cenę. Wynajęliśmy samochód w Perth i planem jazdy na południe do Esperance. Mijaliśmy orły, kukabury, emu, jamraje i kangury – czasami nawet zdarzały się żywe! Tak spędziliśmy tydzień pokonując 2200 kilometrów, mijając po drodze cztery pożary buszu. Całe szczęście widzieliśmy dym tylko z dużych odległości i żaden nigdy nie pokrzyżował nam planów. W czepku urodzeni!

To żadna tajemnica, że jestem zafiksowana na punkcie Australii i zawsze jeszcze nie wyjechawszy, już planuję powrót. Tym razem było tak samo. Po powrocie zaczęliśmy planować następne wakacje. Burza mózgów. Nowe kierunki, nowe pomysły? Skądże znowu. Mój Andrzej mówi – a może pojedziemy do Australii? W Australii zawsze jesteś taka szczęśliwa. Ostatecznie kupiliśmy rejs. Wypływamy z Auckland do Nowej Kaledonii przez Vanuatu i australijską Wyspę Norfolk, ale to dopiero w przyszłym roku.

 

 

Maj i czerwiec

 

Pod koniec maja znowu polecieliśmy na Południową Wyspę, tym razem do Queenstown, które jest położone 1550 kilometrów od Auckland. Jak przystało na początek zimy, za oknem zastał nas 1°C i ośnieżone szczyty The Remarkables. Nie byliśmy w Queenstown od czterech lat. Nigdy zimą, nigdy wcześniej z nastawieniem, że nie musimy się przejmować budżetem. 

 

 

Po powrocie do domu z Queenstown zrobiliśmy kolejną rzecz, która nam się nigdy nie znudzi. Nie to, to drugie 🙂 Poszliśmy do kina. Tym razem na biografię Eltona Johna, „Rocketman”. To właśnie pracując w kinie jako studenci poznaliśmy 9 lat temu. Wylądowaliśmy wtedy na tej samej zmianie i sprzedawaliśmy cały dzień bilety, rozmawiając po raz pierwszy. Jak mało z kim dokładnie pamiętam moment naszego zapoznania oraz jakie tematy wtedy poruszaliśmy. Teraz już nie popcorn z colą, a lampka wina i long black, poza tym stare nawyki pozostały. Miłość do kina i miłość do siebie.

W tym samym tygodniu po obejrzeniu „Rocketman” kupiliśmy bilety na koncert Eltona Johna na luty 2020 roku w Nowej Zelandii. Będzie to zapowiedziana ostatnia, pożegnalna trasa koncertowa zwieńczająca karierę. Chyba faktycznie jesteśmy w czepku urodzeni. Udało nam się dostać bilety na ostatni z trzech koncertów w Auckland.

Z tych wszystkich fantastycznych rzeczy, które zrobiliśmy już w tym roku i zaplanowaliśmy na kolejny jest jednak jedna, która mnie cieszy jak mało co. Znowu zaczęłam nosić moje sówki.