Kiedy w podróży nie zawsze jest tak fajnie

 

W tym roku doszłam do momentu,

 

kiedy 5 tygodni przerwy między wyjazdami stało się dla mnie problemem. Czasami nie wiem co mam robić z tym całym czasem. Nie palę się do pracowania więcej, niż aktualnie. Dzieci mieć nie chcę, a zwierząt mieć nie mogę z uwagi na „no pet policy” na naszym osiedlu. Nie umiem albo nie chcę zaczepić się w jednym miejscu pracy na dłużej, ponieważ zawsze gdzieś z tyłu głowy wiem, że to bez sensu. Prędzej czy później będziemy chcieli wyjechać, ponieważ życie stacjonarne nie jest dla nas. Będę potrzebowała kilku tygodni, miesiąca, kilku miesięcy, roku, kilku lat… i odejdę, bo mam inne priorytety.

Czas między wyjazdami staram się spędzać tak dobrze jak tylko się da, za co wdzięczny jest mój mąż, który mówi, że nigdy się ze mną nie nudzi. Cały czas gdzieś wychodzimy i coś robimy. Kina, restauracje, wypady weekendowe, wszelkiej maści „eventy”, non stop jakieś nowinki wyskakujące w Auckland jak grzyby po deszczu, expo, koncerty, sauny, baseny, czy choćby najczęściej najprzyjemniejszy zwykły spacer i zostanie w domu 🙂 Już od kilku lat z pobliskiej biblioteki wypożyczamy po 50 książek rocznie. A jednak nadal łapią mnie myśli, że mogłabym wykorzystać ten czas lepiej. Bo tak naprawdę ja usycham bez podróżowania. Nic innego mnie tak nie ekscytuje, nie motywuje i nie satysfakcjonuje. Żadna szkoła nigdy nie nauczyła mnie więcej, niż właśnie zwiedzanie świata.

Kiedy w podróży nie zawsze jest tak fajnie

 

Zostało 7 tygodni do naszego wylotu na Bali, a miesiąc później spędzam 19 dni z moją mamą na Borneo. Mój ekstremalnie wyrozumiały i wyluzowany szef jeszcze nie wie o żadnym z tych wyjazdów, bo postanowiłam mu te informacje dawkować 🙂 Szczególnie, że już mnie w pracy pytali czy wszystko w porządku, bo dawno nigdzie nie byłam (dawno = w czerwcu). Ciekawie zmieniły się czasy, kiedy nagle moje regularne pojawianie się w pracy jest traktowane przez otoczenie jak aberracja.

W międzyczasie od wyjazdu do Queenstown przeszłam samą siebie w planowaniu kolejnych – mamy już zarezerwowane całe Bali w czterech różnych częściach wyspy i całą przerwę świąteczną na Południowej Wyspie Nowej Zelandii. Boże Narodzenie spędzimy na tygodniowym marszu przez Stewart Island, a początek stycznia zwiedzając Nelson. To nadal ogromnie daleka perspektywa dla osoby, która by chciała, żeby coś się działo tu i teraz. Tu i teraz w Auckland leje deszcz, więc opowiem Wam o momentach, kiedy w podróży nie zawsze jest tak fajnie. Może dzięki temu na chwilę przestanę za tym tęsknić?

Nowa Zelandia

 

W któryś weekend pojechaliśmy zobaczyć perełkę Półwyspu Coromandel – New Chums Beach, oddaloną od Auckland o 188 kilometrów. I tak, udało się ją zobaczyć, ale… ulewne deszcze zamieniły drogę prowadzącą do plaży w kilometry błota. Ostatecznie doszliśmy do plaży, bo nie jesteśmy typem ludzi, którzy odpuszczają, tylko jakim kosztem!

 

 

Wyspy Cooka

 

Przed wylotem na Rarotonga czytałam o szlaku prowadzącym przez środek wyspy. Na zagranicznych forach ludzie pisali, że jest nie aż taki trudny, ale warty zachodu. Nie udało mi się jednak porozmawiać w cztery z oczy z nikim, kto go zrobił. Jeszcze będąc na miejscu wahałam się – próbować czy odpuszczać? Chyba domyślacie się werdyktu. Przejście z północy na południe górzysto-leśnej Wyspy Rarotonga zajęło mi ostatecznie 5 godzin. To dużo dłużej niż założyłam, dlatego woda skończyła mi się już w połowie.

Byłam sama w obcym lesie, bez smartfonów i tego typu cudów, ale z jedną mapą i z determinacją do dotarcia na drugą stronę. 30 °C w cieniu było wycieńczające. Bardzo mnie dziwiło dlaczego zajmuje mi to tak długo, skoro jestem w dobrej formie fizycznej. Przez chwilę myślałam, że może się zgubiłam, ale te wątpliwości rozwiały 3 osoby, które napotkałam tego dnia na szlaku. Pozostał jeden największy problem – nie miałam już wody. Nikt się ze mną nie podzielił, bo sami mięli na styk. Dali mi tylko cukierki, gumy i słowa otuchy, że idę w dobrym kierunku. Ta historia skończyła się tak, że po pięciu godzinach doszłam na drugą stronę, pijąc wodę ze strumienia.

 

 

Australia

 

Kończąc nasz road trip przez Zachodnią Australię w kwietniu utknęliśmy w miejscowości York, położonej 100 kilometrów od Perth. Pewnie dalibyśmy radę zrobić tę stówkę przed całkowitym ściemnieniem, ale woleliśmy dać na luz. Mąż szukał parkingu, a ja wysiadłam z laptopem w „centrum”, chcąc zobaczyć jakie są opcje noclegowe w tej „metropolii” z jednym sklepem. Podłączyłam się pod czyjąś niezabezpieczoną sieć i zarezerwowałam nam pokój. Chwilę później laptop padł, ale miałam adres motelu, więc po prostu udaliśmy się piechotą w jego stronę. Zastaliśmy pozabijany deskami motel widmo. Myślałam, że pomyliliśmy adres, ale ludzie potwierdzili, że nic z tych rzeczy. Ten motel od dawna nie istnieje. Trzeba było organizować prąd, ładowarkę i zaczynać wszystko od początku.

 

Nepal

 

Zeszłoroczne Himalaje były pod hasłem odwołanych lotów. Zdaję sobie sprawę, że ludzie mają większe problemy w życiu niż odwołany lot, ale cała sytuacja była bardzo frustrująca. Lecieliśmy do Nepalu z Nowej Zelandii 18 godzin. Wykosztowaliśmy się na wszystkie połączenia lotnicze i spędziliśmy 9 godzin na lotnisku w Katmandu czekając na lot, który ostatecznie nigdy się nie odbył. Dolecieliśmy do Lukli wynajętym helikopterem za 1200$ myśląc, że najgorsze już za nami.

W drodze powrotnej do Katmandu cały koszmar koczowania na lotnisku zaczął się do nowa. Fakt, widoczność była kiepska od kilku dni. Kiedy nasz lot powrotny po całym dniu został odwołany, jedna Amerykanka nie wytrzymała. Utknęli na tym lotnisku 5 dni wcześniej. Pracownicy ich linii Summit Air, której naprawdę nie polecam, zachowywali się wobec nich skandalicznie. Nie byli pomocni w niczym. Codziennie im mówili, że może dzisiaj uda się polecieć, a po południu kazali im wracać do hotelu i przyjść następnego dnia.

Piątego dnia Amerykanka straciła nad sobą kontrolę,

 

czego byliśmy świadkami. Wpadła w histerię szału, gniewu i łez. Wtedy dotarło do mnie, że za kilka dni będę wyglądać tak samo jak ona. Mąż coś poszedł załatwiać, a ja usiadłam na krawężniku i zaczęłam płakać, tak ogólnie chyba z bezsilności. Znajdowaliśmy się w odizolowanej części Himalajów, z której trekking do Kathmandu pochłonąłby całą resztę wyjazdu. 

Po jakimś czasie podszedł do mnie przedstawiciel naszych linii lotniczych Yeti Airways i zapytał co się stało. Z tysięcy rozhisteryzowanych ludzi dookoła, koczujących tam od kilku dni podszedł właśnie do mnie i był przy tym wszystkim taki miły. Postanowiliśmy z mężem przyjąć zwrot pieniężny za odwołany lot. Wróciliśmy do hotelu, żeby odpocząć i następnego dnia zacząć myśleć co dalej. Mieliśmy opcję kosztownego powrotu helikopterem do Katmandu, lub kilku dni marszu i 20 godzin jazdy jeepem po wertepach.

You cry, I try

 

Następnego dnia obudziliśmy się, a na niebie nie było ani jednej chmury. Poszliśmy na lotnisko, a tam podekscytowani ludzie krzyczeli, że wszystkie loty odbędą się dzisiaj zgodnie z planem… tylko, że my już nie mieliśmy naszych biletów. Nie mieliśmy już nawet na nie szans, bo pierwszeństwo mieli Ci koczujący tam dłużej. Przyjęliśmy zwrot, bo wedle prognozy pogody nie było opcji na wylot w ciągu tygodnia…

Usiedliśmy na ławce ZAŁAMANI. Po jakimś czasie powtórzyła się sytuacja z dnia poprzedniego, podszedł mój „kumpel” z lini lotniczych Yeti Airways i zapytał co się stało. Pamiętał mnie. Powiedział „You cry, I try”. Trzy godziny później siedzieliśmy na pokładzie samolotu do Katmandu.

 

Filipiny

 

Na koniec coś dla osłody, żeby nie było zbyt ponuro. Czekając z moją mamą w Manili na samolot na Wyspę Bohol miałyśmy trochę czasu do zabicia. Zobaczyłam budkę z waflami. Przeróżne rodzaje, na słodko z bitą śmietaną, na słono z jajkiem i bekonem. A przynajmniej nam taki podział wydawał się logiczny.

Postanowiłyśmy, że mama usiądzie z bagażami, a ja pójdę je zamówić. Pytam jaki chce, a ona na to „może być ten z jajkiem i bekonem, byle nic na słodko”. Wracam do niej i mówię, że nie mają już bekonu, czy może być tuńczyk, a ona się zgadza. Przychodzę z zamówieniem, zaczynamy jeść, ja jestem zachwycona moim waflem z lukrem, mango i bitą śmietaną a moja mama… dostała takiego samego wafla z lukrem, plus z pastą jajeczną i tuńczykiem. To był nasz drugi dzień na Filipinach. Ledwo dałam radę nie udławić się ze śmiechu. Budki tej sieciówki są na każdym rogu, więc od tamtej pory za każdym razem kiedy je mijałyśmy mówiłam „choć Mamuś, zapraszam Cię na wafle z tuńczykiem i lukrem”.

Mam jeszcze w zanadrzu historie o pijawkach na mojej łydce w Malezji, zagubionym bagażu w drodze powrotnej z Indii, wypadku na skuterze w Chinach i wymiotowaniu na oczach 8 osób na Vanuatu, ale zostawię te rarytasy na następny raz. Na dzisiaj koniec o tym, że w podróży nie zawsze jest tak fajnie, bo nawet samej siebie nie udało mi się na to nabrać.

Podróże to nadal najlepsza rzecz jaka mnie w życiu spotkała.