Różowe Jezioro Hillier i australijskie wakacje życia

 

Ze względu na kumulację wszystkich rzeczy, które zawsze chciałam zrobić ostatni Road trip przez Australię Zachodnią był dla mnie wyjątkowy. Jedną z nich było spotkanie z kuoką krótkoogonową, nazywaną najszczęśliwszym futrzakiem świata. Ostatecznie spędziliśmy w ich towarzystwie kilka dni na mieszkając na Wyspie Rottnest, na której pobyt do dziś zgodnie uważamy za wakacje naszego życia. A to wcale nie jest tak, że zawsze zgadzamy się we wszystkim 🙂  Drugą rzeczą było zobaczenie niesłychanie różowego Jeziora Hillier, nad którym ostatecznie przelecieliśmy 8-osobowym samolotem. Pamiętam jak przed laty pierwszy raz zobaczyłam jego zdjęcie i zaniemówiłam.

Różowe Jezioro Hillier

 

jest położone na Wyspie Middle należącej do Archipelagu Recherche w Australii Zachodniej na południe od Esperance. Totalnie nienaturalny róż to zasługa obecności bakterii Dunaliella salina. Jezioro utrzymuje swój odcień przez cały rok, a po wlaniu wody do butelki nadal miałaby różową barwę.

To właśnie będąc przejazdem w miasteczku Esperance weszliśmy do Centrum Informacji Turystycznej i zamówiliśmy lot na następny dzień. Koszt to 370 dolarów australijskich od osoby. Bardzo się cieszyłam i nie mogłam się doczekać, w końcu czekałam na to kilka lat! Po południu pogoda uległa pogorszeniu, a przez całą noc padał deszcz i wiał silny wiatr. Specjalnie nas nie zmartwiło, ponieważ przez większość tych wakacji przechodziły gwałtowne burze.

Obudziliśmy się z samego rana. Wyjrzałam za okno motelu w którym się zatrzymaliśmy, a tam palmy uginały się pod naporem wiatru, jakby właśnie przechodził huragan. No nic, trudno, pomyślałam. Jak nie jest nam pisane zobaczyć różowe Jezioro Hillier, to dostaniemy zwrot pieniędzy i wymyślimy coś innego.

 

Pojechaliśmy na lotnisko. Ze względu na warunki atmosferyczne odwołano tamtego ranka pierwszy lot. Nasz był drugi i poszedł planowo, ale… nie były to lekkie dwie godziny na pokładzie, nawet dla mnie, czyli osoby, która przepada za lataniem. Była nas ósemka. Przyzwoicie trzymałam się w ryzach, skupiając się przez pierwszą godzinę na oddychaniu, aż jedna Azjatka w drodze powrotnej zaczęła wymiotować, a ja poszłam zaraz za nią.

Nasza australijska pilotka robiła w międzyczasie zdjęcia swoim telefonem „szalonym parametrom, których nigdy w życiu nie widziała”, co nie wpływało na nas najlepiej. Ciężko powiedzieć co bardziej mnie ucieszyło. Moment, gdy zobaczyłam różowe Jezioro Hiller, czy ten, w którym wylądowaliśmy z powrotem na lotnisku w Esperance.

No cóż. Różowe Jezioro Hillier to jeden z tych przykładów, kiedy w podróży nie zawsze jest tak miło. Czasami marzenia są bolesne, a ich spełnianie to wyboiste roller coaster na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza.