Czym jest house sitting w Nowej Zelandii?

 

Ostatnie 8 dni spędziliśmy żyjąc życiem naszych nowozelandzkich znajomych. Jeżdżąc ich samochodem, śpiąc w ich łóżku, gotując w ich kuchni. Całe szczęście nie wychowując ich dzieci, bo te zabrali ze sobą! 🙂 Czym jest i jak wygląda house sitting w Nowej Zelandii?

Nie wiem jak jest teraz, ale żyjąc w Polsce zjawisko to było mi obce. Pamiętam jak jeszcze w Melbourne byłam zaskoczona trafiając na ogłoszenia osób, którzy szukali ludzi do zamieszkania w ich domu. Nie rozumiałam dlaczego obcy człowiek miałby się wprowadzić do mnie pod moją nieobecność. Idea jest prosta.

House sitting polega na

 

opiece nad czyimś domem, ogrodem, zwierzętami i czymkolwiek innym w zależności od sytuacji. Z mojego doświadczenia w Nowej Zelandii nikt nie zostawia swojego domu samopas. Na krótszy wyjazd, na przykład do miesiąca, ludzie zazwyczaj szukają „house sitterów”, którzy zamieszkają u nich i zaopiekują się ich domem. Na dłuższe wyjazdy już raczej je wynajmują, bo dlaczego dom miałby stać pusty 3 miesiące, skoro można na tym dobrze zarobić?

Nasi znajomi mieli szczęście nie musząc szukać pomocy u obcych. Spędziliśmy już w ich domu kilka dni na początku tego roku i tym razem znowu poprosili nas o pomoc. Mimo pracy postanowiliśmy potraktować ten czas jak „wakacje we własnym mieście”.

Naszą główną odpowiedzialnością miały być te dwa włochate zbóje:

„Miłej zabawy!”

 

Inne otoczenie, nowe knajpy, bliskość do morza i zupełnie inna rutyna, niż ta do której jesteśmy przyzwyczajeni. Zgodziliśmy się pomimo perspektywy długich dojazdów do pracy. Zamieszkaliśmy w północnej części Auckland niedaleko regionu Takapuna w domku jednorodzinnym z ogrodem, położonym nad Zatoką Hauraki.

W ogrodzie były drzewka mandarynkowe i krzaki cytrynowe, na które właśnie teraz jest sezon. Do tego trampolina dla dzieciaków i wanna z hydromasażem dla ich rodziców. Wysoki płot dookoła i pełna prywatność. Nasi znajomi zostawili nam alkohol, słodycze i karteczkę życząc „miłej zabawy”. Brzmi całkiem nieźle, prawda? Szczególnie, że to już nie pierwszy raz jak w ten sposób spędzaliśmy wakacje w tym roku. 

Brzmiało, a przynajmniej dla mnie. Mój mąż, najbardziej urocza istota stąpająca po tym świecie, krępował się wejść do tej wanny, bo zapomniałam o jego kąpielówkach, a za płotem było słychać głosy sąsiadów. Ja naiwna, pomyślałam, że zaraz jakoś na to zaradzimy. Nalałam sobie lampkę wina, jemu kufel piwa i kazałam zacząć pić.  Włączyłam tryb „turbo masaż” i przed wejściem do wanny rozebrałam się do naga. Co on na to? Wszedł ostatecznie po którymś zaproszeniu skrępowany na maksa, podskakując jak oparzony na każdy dźwięk czy szczeknięcie psa sąsiadów.

W Auckland mieszka milion sześćset tysięcy osób, dlatego spokój i całkowita cisza to życzenie raczej trudne do zrealizowania. Od tamtej pory cieszyłam się tą wanną tylko w obecności kotów, siedzących na jej brzegu 🙂

Dojazdy do pracy przez ten tydzień

 

były wyzwaniem. Na co dzień moja jedyna styczność ze staniem w korkach to ta, o której czytam w gazetach. Nie bez przyczyny dostosowaliśmy miejsce zamieszkania do miejsca pracy. Nie potrzebuję nowych powodów do nielubienia Auckland i z całym szacunkiem dla wszystkich, którzy wybrali inaczej – wstawanie przed wschodem słońca i marnowanie dwóch godzin dziennie na dojazd nie ma sensu.

Jedyne co mile wspominam z tych wczesnych godzin wciskania się na „lepsze” pasy na autostradzie, to widok na Auckland o świcie z Harbour Bridge, czego nie mam na co dzień. Był piękny i mimo, że mieszkamy tu już piąty rok i widziałam go wiele razy o różnych porach dnia, to w zeszłym tygodniu jęknęłam z zachwytu. 

 

 

To był nasz drugi house sitting w Nowej Zelandii i pewnie nie ostatni. Pod koniec pobytu postanowiłam też wykorzystać bliskość Zatoki Hauraki i uwaga! W mój wolny dzień poszłam o 6 rano z aparatem na plażę. Mój mąż był zdziwiony, ale nie bardziej niż zwykle 🙂

Był to ostatni weekend zimy w Nowej Zelandii. Na plaży zastało mnie 10 stopni i zero wiatru. Na początku było trochę zimno, ale wraz ze wschodzącym słońcem chłód szybko poszedł w zapomnienie.

Dzień dobry Auckland!