Kupować, wyrzucać, konsumować

 

Mój parter nie musi robić dokładnie tego samego co ja, byle tylko mnie wspierał. Kiedy poszłam na pierwszą randkę z przyszłym mężem i wspomniałam o swoich planach, odpowiedział „a kiedy zwiedzisz już wszystkie kraje, to na emeryturze będziesz mogła wrócić do tych, które podobały Ci się najbardziej”. On do tej pory wie co powiedzieć, żeby mi zawrócić w głowie. 8 miesięcy później mięliśmy wyznaczoną datę ślubu.

Mieszkając w Szczecinie w latach 2012-2013 żyliśmy z jednej pensji z której opłacaliśmy czynsz, rachunki, wyżywienie i ogólnie „życie”. Czasem jakieś kino, knajpy, albo weekendowe wyjścia na gofry do Parku Kasprowicza. Na jednym z takich spacerów w tym parku się zaręczyliśmy.

Kupować, wyrzucać, konsumować

 

100% drugiej pensji odkładaliśmy na konto oszczędnościowe. Mogliśmy przez te dwa lata wszystko wydawać na bieżąco, tak jak to robią inni ludzie. Mogliśmy kupować, wyrzucać, konsumować i znowu kupować, wyrzucać, konsumować. I do tego narzekać, że mało, mało i wciąż mało. W tygodniu tankować samochody, a w weekendy tankować… siebie. Tylko my nigdy nie byliśmy jak inni ludzie.

Nie chcieliśmy tych „niezbędnych do przetrwania” rzeczy, którymi wszyscy się otaczają. Nadal nie rozumiem dlaczego ludzie wymieniają telefon co pół roku. Czasami słyszę, że ludzie potrzebują przedmiotów, bo te zapewniają im poczucie bezpieczeństwa. Że nie umieliby mieć mało biżuterii, żyć bez samochodu, albo mieć skromną szafę. Albo spakować się w podróż zagraniczną tak jak ja w 3,5 kilogramowy plecak.

Nie rozumiem tego myślenia, ale rozumiem, że każdy jest inny. To właśnie różnorodność sprawia, że świat jest taki piękny. Pewnie nikt mi nie uwierzy, ale w Szczecinie doszliśmy do momentu, że nie mieliśmy na co wydawać, więc zaczęliśmy więcej jeździć. Pojechaliśmy do Niemiec, polecieliśmy na Cyrp, kupiliśmy bilety do Bangkoku.  Pojechaliśmy na koncert Queen do Wrocławia. Do tej pory wracam z wakacji z gotówką i mówię mężowi, że „nie wydałam, bo nie było na co” 🙂

Dzisiaj żyjemy podobnie, tylko na inną skalę. Od 2 lat zastanawiam się, czy kupić sobie drona. Jedyne co mnie stopuje to fakt, że wiązałoby się to również z zakupem smartphona, który by go obsługiwał. A my przecież tak lubimy swoje życie bez smartfonów. Plus reakcje ludzi na ten fakt są zawsze takie zabawne.

W tamtym czasie w Szczecinie, o tym jak minimalistycznie żyjemy powiedziałam jednej osobie. Nie uwierzyła. W końcu pracowałyśmy razem, spędzałyśmy czas w kawiarniach i wydawałam się być „normalną osobą”. Powiedziała, że to niemożliwe, a ja urwałam temat.

Na początku nie mieliśmy konkretnego celu,

 

odkładaliśmy na tzw. „czarną godzinę”. Kiedy miałam 7 lat, mama zapytała na co przeznaczę pieniądze od Dziadków, a ja powiedziałam, że na czarną godzinę właśnie 🙂 Do tej pory na nią zbieram, a takowa jak dotąd nadeszła jeden raz.

Dzisiaj już nikomu nie mówię jak żyjemy, ewentualnie czasami o tym piszę, chociaż nie spodziewam się zrozumienia. Minimalizm nadal kojarzy się ludziom negatywnie, najczęściej z wyrzeczeniami i surowym trzymaniem dyscypliny. Toż to wstyd jakiś! Przecież wszyscy pragną posiadać, więc coś musi być z nami nie tak. W to jak teraz żyjemy albo by nie uwierzyli, albo powiedzieli, że jesteśmy hippisami i nam przejdzie.

W międzyczasie wzięliśmy ślub, którego niedawno obchodziliśmy 6 rocznicę. Ze wszystkich oszczędności i prezentów ślubnych zaczęła się robić ładna kwota i zastanawialiśmy się co z nią zrobić. Depozyt na mieszkanie i kilka miesięcy za granicą? Samochód z salonu? Roczna podróż?

Spędziliśmy miesiąc poślubny w Tajlandii i Kambodży, a reszta pieniędzy poszła na początki emigracji do Australii i 1,5 roczny kurs języka angielskiego dla mojego męża w Melbourne. Na szkołę dla mnie już zabrakło, ale to nigdy nie był większy problem. Ja już przyzwoicie znałam ten język.

Gdybyśmy wtedy postanowili inaczej, dzisiaj moglibyśmy mieszkać w Szczecinie i jeździć 6-letnim autem. Albo, gdybyśmy zdecydowali się na zakup mieszkania, moglibyśmy już za kilka lat skończyć spłacać odsetki i zacząć spłacać kredyt właściwy.

Romantycznie, nieprawdaż? Ciekawe jakie by to miało przełożenie na tę ulotną rzecz, której każdy z nas szuka – szczęście.