Kiedy jedynym planem jest cieszenie się życiem

 

Pokonanie 6,800 kilometrów z Nowej Zelandii na Bali zajęło nam 9 godzin. Lotnisko Denpasar przywitało nas horrendalnie długą kolejką po pieczątkę Indonezji, którą dostaliśmy w końcu… po godzinie.

Dochodziła siedemnasta, a w dzielnicy Serangan oddalonej o kilkanaście kilometrów od lotniska czekał na nas, taką miałam nadzieję, piękny pokój z tarasem i widokiem na zatokę.

Po wyjściu z lotniska

 

ominęliśmy pierwszą falę dzikiego tłumu, który próbował nam wcisnąć przeróżne rzeczy i skierowaliśmy się na postój taksówek. Nic się nie zmieniło, nadal nie cierpię nimi jeździć, chociaż jeszcze kilka takich miejsc jak Bali i może zacznę zmieniać zdanie. Cena ustalona z góry. Bez żebrania, kombinowania i prób wyłudzenia. Wszystkie taksówki z jakimi mieliśmy styczność na tej wyspie były bezproblemowe, a ich kierowcy uczciwi, profesjonalni i uśmiechnięci. Jak zresztą wszyscy ludzie na Bali. Przez pierwsze dni bolały mnie policzki od odwzajemniania uśmiechów!

Korki w Denpasar nie były takie straszne jak się spodziewałam. Żwawo dojechaliśmy do pierwszego z czterech hoteli, które dla nas zarezerwowałam. Czemu aż 4? Szybko się nudzimy jednym miejscem i najczęściej po dwóch nocach jedyne czego chcemy to jechać dalej.

W marcu spotykamy się z naszymi mamami na Malediwach. Pobyt spędzimy w trzech miejscach, z czego w jednym 4 noce ze względu na odizolowanie tej wyspy. Będąc na Bali zaczęłam się zastanawiać czy by nie rozbić tych czterech nocy na 2 i kolejnych dwóch nie spędzić gdzie indziej. Sama nie wiem. Czy my nie zdechniemy z nudów przez te cztery dni?, pytam męża. A on na to, O Malediwy tak bardzo bym się nie martwił. Ale co my zrobimy przez 10 dni rejsu? Popatrzyliśmy na siebie jakby ten „wymarzony” rejs do do Nowej Kaledonii w przyszłym roku miał być najgorszą rzeczą jaka nas w życiu spotka 🙂

Kiedy jedynym planem jest cieszenie się życiem

 

Wracając do Bali… Kiedy dostaliśmy klucze, zostaliśmy odprowadzeni na samą górę do naszego pokoju. Położyliśmy plecaki na podłodze i wyszliśmy na przestronny taras. Właście zachodziło słońce, więc wznieśliśmy toast. Za pierwszy wieczór na Bali!!! W Nowej Zelandii, której czasem funkcjonujemy dochodziła już 23, ale byliśmy zbyt ciekawi i podekscytowani, żeby pójść spać. Wyszliśmy więc na trochę. Poszliśmy na kolację do pierwszej lokalnej knajpki napotkanej po wyjściu z hotelu.

 

Jak przystało na ludzi w gorącej wodzie kąpanych, następnego ranka ruszyliśmy w dalszą drogę. Wybraliśmy polecaną mi przez wiele osób jedną z Małych Wysp Sundajskich Zachodnich, Gili Trawangan, należącą do Lombok (dojazd zajął 4 godziny łodzią w jedną stronę). Ktoś z Was poradził mi, żebym korzystała z tych wakacji na maksa i naprawdę wzięłam to sobie do serca. Moim jedynym planem na Bali było cieszenie się życiem. No i może dużo dobrego jedzenia! Czyli w sumie wychodzi na to samo.

Kilka dni później ustawiłam sobie na tapecie mojego męża ze śniadaniem mówiąc mu, że tym sposobem mam uchwycone na jednym zdjęciu dwie najważniejsze rzeczy w moim życiu. Andrzej zaciekawiony zagląda mi przez ramię. Chwilę patrzy na mojego laptopa w milczeniu, po czym ciężko wzdycha i mówi. Aż boje się zapytać co jest na pierwszym miejscu, ja czy grzanka.