Stewart Island – w poszukiwaniu ptaszków kiwi

 

Autobus, dwa samoloty, taksówka, kolejny autobus oraz prom… a na końcu własne nogi. Taką drogę pokonaliśmy z Auckland, żeby dostać się właśnie tu, na (nowozelandzką) Wyspę Stewart. Nigdy nie byliśmy bliżej Antarktydy!

Wakacje na Stewart Island

 

były troszkę inne niż te, na które zwykle latamy głównie ze względu na temperaturę. Zamieniliśmy lato w Auckland na silny wiatr, częsty deszcz, kurtki, swetry i termofor. Zdjęcia nie do końca to odzwierciedlają, ponieważ w dni kiedy lało, najczęściej nie wyjmowałam aparatu. I tak mieliśmy szczęście do pogody, dzięki czemu zobaczyliśmy Stewart Island w całej okazałości. Zarówno w słońcu, jak i podczas dwudniowej burzy.

No i najważniejsze – spełniliśmy główny cel całego wypadu pod tytułem „w poszukiwaniu ptaszków kiwi”. Po 5 latach intensywnego zwiedzania Nowej Zelandii w końcu, przy dwóch okazjach, zobaczyliśmy je w środowisku naturalnym. Ale o tym za chwilę!

Szczerze powiem,

 

rozbawiło mnie, kiedy kilka osób po powrocie zapytało „A gdzie zdjęcia ptaszków kiwi?” I z czym jeszcze mam mieć zdjęcie, z jaguarem, lampartem morskim, fenkiem pustynnym? 🙂 W pracy kilka osób obśmiało mojego męża, który powiedział, że zobaczy ptaszki kiwi w czasie tej przerwy świątecznej. Mówili, że nawet jak to powie, to i tak nie uwierzą. Pracujemy z Nowozelandczykami, którzy urodzili się tu 45 lat temu, a nigdy ich nawet nie widzieli poza pobytem w Zoo, ale spoko. Ja pojadę i wrócę z całą galerią selfików specjalnie dla Was!

W poszukiwaniu ptaszków kiwi

 

Największa szansa, żeby zobaczyć ptaszki kiwi na wolności na Wyspie Stewart to wykupienie wycieczki z przewodnikiem. Widzieliśmy te oferty. Czterogodzinny wypad z przewodnikiem kosztuje 135$ od osoby. W przypadku nie zobaczenia żadnego ptaszka, dostajesz 50% zwrotu. Jak zapewne się domyślacie mieszkamy tu już za długo i nawet nie braliśmy takiej opcji pod uwagę. Sami dla siebie byliśmy przewodnikami.

Pierwszą najważniejszą zasadą w poszukiwaniu ptaszków kiwi jest, żeby ich nie stresować żółtym światłem latarki. Jedyne dozwolone jest światło czerwone, na które nie reagują. Kolejną, żeby dać im przestrzeń – nie gonić, nie śledzić, nie karmić, nie dotykać, nie straszyć.

 

 

Szliście kiedyś w środku nocy w ciemnym lesie w poszukiwaniu zagrożonej wyginięciem 40 centymetrowej brązowej kulki, która zrobi wszystko, żebyście jej nie zobaczyli? Ja już kilkukrotnie. Za pierwszym podejściem na Wyspie Rotoroa w 2017 roku wyszliśmy ich poszukać trzydzieści minut po północy (a tak na marginesie, kto normalny wchodzi do lasu o tej godzinie?).

Byliśmy wtedy bardzo blisko, dotychczas najbliżej, ale nadal udało nam się je jedynie usłyszeć. Wróciliśmy do domu będąc delikatnie na tarczy, ale spokojnie. Należymy do osób, które zawsze dostają to co chcą. Jedyne, że musieliśmy na to czekać niecałe 3 lata!

 

 

Tym razem na Wyspie Stewart

 

wstawaliśmy w nocy 5 razy. Ptaszki Kiwi są najaktywniejsze pomiędzy północą a 3 nad ranem, czyli dokładnie wtedy, kiedy ja jestem najmniej. Za pierwszym razem śpiąc na Plaży Maori, poszliśmy przejść się po lesie około godziny 23. Usłyszałam ich pisk i obudziłam Andrzeja. Wyszliśmy na zewnątrz. Nie mieliśmy latarek z czerwonym światłem, ale latem noc w tej części świata trwa bardzo krótko i jeszcze na skraju lasu było widnawo. Widzieliśmy wtedy szopy pracze, łasice i najprawdopodobniej ptaszki kiwi. Robiło się coraz ciemniej, wzrok w nocy płata różne figle i po jakimś czasie człowiek już sam nie wie co widzi, a co mu się tylko wydawało.

Za drugim razem, już po powrocie do Oban, wyszliśmy ponownie. Dołączyliśmy do niewielkiej grupki przypadkowych osób uzbrojonych w czerwone latarki. Gdzieś w tym „tłumie” zgubiłam Andrzeja. Pani obok mnie nakierowała czerwoną smugę światła na ptaszka kiwi i ja z ekscytacji krzyknęłam „There is, there is one! ANDRZEJ!!!”. W tym momencie momencie pojawił się mój mąż, a ptaszek kiwi zniknął. Całe szczęście chwilę później przyszedł kolejny i nawet mieliśmy kilka sekund, żeby sobie popatrzeć. Dobra nasza!