Czy warto pojechać na Stewart Island?

 

Często pytacie „A czy warto tam polecieć? A czy warto tam pojechać?” Na te pytania odpowiada mi się najciężej, bo zupełnie ich nie rozumiem. Dla mnie nawet jak wyjazd nie zawsze jest udany, to nadal jest wart zachodu, byle tylko wyrwać się z codziennej rutyny praca-dom. Mój sześciotygodniowy pobyt w Chinach na przykład nie określiłabym jako wyjątkowo udany, ale nadal ciesze się, że tam byłam i nigdy tego wyjazdu nie żałowałam.

Czy warto pojechać na Stewart Island?

 

Stewart Island przypominała mi nowozelandzkie Niue. Mało znaną, nie do końca zdobytą, nie wiadomo gdzie leżącą, piękną wyspę, którą miałam szczęście objechać rowerem w tydzień.

Najlepsze na Stewart Island było to, że na wyspie nie ma ludzi, którzy trafiliby tam przez przypadek. Żeby się tam dostać trzeba się pofatygować i wykosztować. Wszystko w zależności gdzie mieszkacie. W naszym przypadku były to dwa samoloty z Auckland, a potem prom, który jest horrendalnie drogi. (W grudniu 2019 płaciliśmy 435$ za 45-minutowy prom wraz z dojazdem autokarem na przystań w Bluff.)

Warto wiedzieć:

 

  • 85% Wyspy Stewart zajmuje Park Narodowy Rakiura, którego czyste i naturalnie piękne plaże zachwycają. Został założony w 2002 roku i obejmuje 1,570 km2

  • Rakiura w języku Maorysów, czyli rdzennych mieszkańców Nowej Zelandii oznacza „Glowing Skies” (świecące niebo).  To właśnie tutaj istnieją największe szanse na zobaczenie Aurora Australis, inaczej nazywanej The Southern lights – zorzy polarnej.

  • Jest to jedno z nielicznych miejsc na świecie, gdzie można podziwiać zagrożone wyginięciem ptaszki kiwi w środowisku naturalnym. To właśnie tam, bo 5 latach intensywnego zwiedzania Nowej Zelandii udało nam się je zobaczyć.

  • Pierwszą informacją jaką widać po dopłynięciu do Oban, jedynego miasteczka na wyspie, jest znak, że znalazłeś się w Sanktuarium Ciemnego Nieba. Cała Stewart Island to teren wyznaczony do ochrony przed zanieczyszczeniem światłem!

 

Nie wiem czy na wyspie jest Internet, bo go nie używaliśmy. Pojechaliśmy na Stewart Island bez laptopa i telefonów (tak czy siak nie mamy smartfonów). Mimo wszystko lubię Internet i dawno nie miałam tak, że byłam offline przez tydzień. W ogóle dacie wiarę w to jak się czasy zmieniły? Teraz trzeba ostrzegać rodzinę czy znajomych przed tym, że się nie będzie w Internecie przez tydzień 🙂

Nie wiem jak dla Was, ale było to dla mnie bardzo przyjemne, wręcz oczyszczające. Przez ten tydzień zapomniałam o bożym świecie. Zrobiliśmy sobie piękny odwyk od polskiej polityki, którą nadal nie wiem czemu się katujemy. Tak samo jak od katastrofy klimatycznej, pożarów w Australii i wszystkich innych rzeczy, które zdążyły się w między czasie wydarzyć. Kiedyś dziwiło mnie zjawisko FOMO, (fear of missing out), a niedawno przeczytałam o JOMO (joy of missing out). W końcu coś z czym mogę się zidentyfikować!


Jeśli nadal nie jesteście przekonani, zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć. Może ona rozwieje wątpliwości, czy warto pojechać na Stewart Island!