Archiwa tagu: Himalaje

Himalaje część pierwsza – kiedy nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem

 

I don’t think you’re going to fly today

 

Po trzech dniach spędzonych w Katmandu, światowej stolicy kurzu, jedyne o czym marzyliśmy to jechać dalej. Z biletami na lot krajowy do Lukli kupionymi kilka miesięcy wcześniej udaliśmy się o 4 rano taksówką na lotnisko, które było jeszcze zamknięte. Byliśmy na nim tylko my i małpy.

O 6:15 rano mieliśmy odlecieć pierwszym samolotem tego dnia w stronę Himalajów (w końcu na tej trasie istnieje niepisana zasada – albo lecisz pierwszym samolotem, albo żadnym). W rzeczywistości o 8 rano dostaliśmy wymarzone karty pokładowe i podjechaliśmy busem pod 14-osobowy samolot. Andrzej piszczał lecimy w Himalaje, lecimy w Himalaje, bo to miał być główny punkt całego wyjazdu do Nepalu. Zdążyłam zrobić zdjęcie maszyny, która miała nas zabrać na 2 860 metrów nad poziomem morza. Autobus się zatrzymał, kazali nam czekać – po pół godzinie padł komunikat, że wracamy.

Czytaj dalej Himalaje część pierwsza – kiedy nie wszystko zawsze idzie zgodnie z planem

Sama nie wiem, czy jesteśmy gotowi na Himalaje!

 

Dal Bhat

 

Mój mąż zaskoczył mnie ostatnio wracając do domu z trzema pojemnikami jedzenia. Jego kolega z biura, Nepalczyk, jak dowiedział się, że lecimy na dniach do jego kraju postanowił przynieść mu do pracy niespodziankę – tradycyjne danie kuchni nepalskiej, dal bhat + pikantny sos z rabarbaru (dal – soczewica, bhat – ryż).

Przeczytałam trzy przewodniki i w każdym pisali o gościnności, serdeczności, przyjaźni, szerokich uśmiechach i hojności Nepalczyków, mimo bycia w czołówce najskromniej żyjących mieszkańców Azji. Nie spodziewałam się tylko, że tę gościnność już poczuję nawet nie przekraczając progu samolotu!

Czytaj dalej Sama nie wiem, czy jesteśmy gotowi na Himalaje!

„Biała się porzygała”!

 

Drugi dzień jedziemy autokarem przez Wyżynę Tybetańską. Właśnie minęliśmy znak, że znajdujemy się na wysokości 4412 metrów nad poziomem morza. Tak telepie, że nie jestem pewna, czy rozczytam się później z tych bazgrołów!

Od 6 rano jestem w drodze w towarzystwie bardzo miłej pary Tybetańczyków. Zaczęli mnie dokarmiać od samego początku. Zaczęło się niewinnie, od jajek na twardo, racuchów i pierożków z mięsnym farszem. To jest nieludzkie, żeby kazać komuś jeść o takiej godzinie, ale oni nie przyjmowali odmowy. Potem dostałam 5 ciastek z budyniem i kruche ciasteczka z orzechami. Pokazywałam na migi, że już nie mogę i łapałam się za brzuch, więc zaczęli mi upychać do plecaka „na wynos”.

Czy ja wzbudzam litość?

Czytaj dalej „Biała się porzygała”!